Indyjska opowieść o poszukiwaniu karmy...
...a konkretnie jedzenia.
środa, 19 stycznia 2011
19.01 - Trzesienie ziemi w Pakistanie
19 stycznia. Na szybko - dowiedzielismy sie wlasnie o silnym trzesieniu ziemi w Pakistanie, ktore bylo odczuwalne w Indiach. W delhi podobno tez, ale chwile wczesniej usnelismy w Delhi, dokad przylecielismy z Bombaju, wiec nas ominelo. Generalnie jednak zyjemy i idziemy zwiedzac, poki te zabytki jeszcze stoja, nic nam nie jest :-) Wiecej po powrocie z miasta.
piątek, 14 stycznia 2011
Mamallapuram - dzien piaty
W zasadzie siedzimy tu juz dlugo jak na nasze standardy, plaza/hamak/lezak - tak tocza sie dni. Jutro taksowka (900 RP) do Chennaia, potem samolot do Bombaju. Zajmujemy sie glownie lezeniem i krotkimi wycieczkami na skuterku. Malo piszemy, bo lenistwo ogarnelo nas juz totalne. I dobrze nam z tym :)
wtorek, 11 stycznia 2011
way to Backpackistan
W Backpackistanie nic sie nie zmienilo, Niemcy nadal sa z lewej, jak sie siedzi twrza w strone morza. Tym razem wrzucaja foty na fejsa oraz gadaja przez Skajpa.
Z Kodaikanal wyjechalismy autobusem do Trichy, stamtad do Thanjavuru. Po drodze przejezdzalismy przez kilka godnych zapamietania miasteczek, z ktorych najbardziej w pamiec zapadl mi Dindigul – zasluguje na miejsce na pudle w rankingu “Miejsca na ziemi, ktore nalezalo by wysadzic w powietrze przy najblizszej okazji”. Dla przypomnienia – pierwsze miejsce w tym zestawieniu dzierzy peruwianska Jualiaca, drugie tajskie Krabi i od dzis trzecie – Dindigul.
W Thanjavurze wyladowalismy po polnocy – polecany w LP Manees kolo dworca kolejowego pozbawil nas 600 Rp,- ale dostarczyl miekkiego lozka, ktore po tylu godzinach w autobusie wydawalo sie jakby wyjete z apartamentu prezydenckiego w Ritzu. Rano uderzylismy do swiatynki, ktora wg. mnie pozostaje pod niejakimi wplywami khmerskimi – taki maly Angkor Wat, tylko wejscie za darmo i nie ma jeziorka. Warto zobaczyc, podobnie jak male muzeum i dzwonnice w miescie, natomiast do palacu nie ma co wchodzic, bo strasznie go czuc nietoperzym sikiem. Czy czyms tam, w kazdym razie nie ma co.
Nastepnie po upojnej podrozy wyladowalismy w Pondicherry, o ktorym moge powiedziec tyle, ze schody do kawiarni La Cremerie maja piekny widok na bulwar i plaze, ale tylko do jakiejs 5 rano, bo potem staje przed nimi autobus pelen Hindusow, ktorzy w nim spia. Na tych schodach siedzielismy od 3 do 6 rano, robiac butelke rumu i dyskutujac o dziwnosci tego swiata, a od 5 rano – o autobusie z Hindusami. Nastepnie po 5 probach znalezienia hotelu (nieudanych) oraz jednym podejsciu okazania wyzszosci Francuzowi (sukces!) wniosek nasunal sie sam – to miasto nie bylo na nas gotowe. Poniewaz ponizej pewnego poziomu sie nie znizamy, zaladowalismy manatki do busu i podazylismy do Mal.
I tak 16 godzin pozniej, z jedna zarwana noca na karku oraz awersja do francuskich miasteczek w Indiach wyladowalismy w Mal. Mieszkamy w komunie hipisow, ktorzy rysuja kwiatki na scianach, spiewaja sobie mantry w swietle swiec oraz pala substancje w naszym kraju uznane za nielegalne. Nasz hotel menadzer jest baba czyli wierzacym mnichem, ktory nigdy sie nie denerwuje i szerzy radosc i pokoj na calym swiecie (glownie przez dostawy piwa oraz wspomnianych powyzej substancji palnych). W sumie glownym problemem w Mal sa komary, dzis na przyklad w pokoju nie mialam ani jednego, za to pod moskitiera bylo z 20. Jest w tym prawdopodobnie jakas pokrecona logika i byc moze dzis postaram sie dojsc jaka. Mal jest urokliwe, backpackersowe i zczilowane. Jest tu pare fajnych kapliczek, latarnia morska, smieszna skala, ktora powinna sie byla dawno przewrocic, a stoi i duzo kolorowego badziewia. No i okazuje sie, ze wlasnie tyle czlowiekowi potrzeba do szczescia :)
Z Kodaikanal wyjechalismy autobusem do Trichy, stamtad do Thanjavuru. Po drodze przejezdzalismy przez kilka godnych zapamietania miasteczek, z ktorych najbardziej w pamiec zapadl mi Dindigul – zasluguje na miejsce na pudle w rankingu “Miejsca na ziemi, ktore nalezalo by wysadzic w powietrze przy najblizszej okazji”. Dla przypomnienia – pierwsze miejsce w tym zestawieniu dzierzy peruwianska Jualiaca, drugie tajskie Krabi i od dzis trzecie – Dindigul.
W Thanjavurze wyladowalismy po polnocy – polecany w LP Manees kolo dworca kolejowego pozbawil nas 600 Rp,- ale dostarczyl miekkiego lozka, ktore po tylu godzinach w autobusie wydawalo sie jakby wyjete z apartamentu prezydenckiego w Ritzu. Rano uderzylismy do swiatynki, ktora wg. mnie pozostaje pod niejakimi wplywami khmerskimi – taki maly Angkor Wat, tylko wejscie za darmo i nie ma jeziorka. Warto zobaczyc, podobnie jak male muzeum i dzwonnice w miescie, natomiast do palacu nie ma co wchodzic, bo strasznie go czuc nietoperzym sikiem. Czy czyms tam, w kazdym razie nie ma co.
Nastepnie po upojnej podrozy wyladowalismy w Pondicherry, o ktorym moge powiedziec tyle, ze schody do kawiarni La Cremerie maja piekny widok na bulwar i plaze, ale tylko do jakiejs 5 rano, bo potem staje przed nimi autobus pelen Hindusow, ktorzy w nim spia. Na tych schodach siedzielismy od 3 do 6 rano, robiac butelke rumu i dyskutujac o dziwnosci tego swiata, a od 5 rano – o autobusie z Hindusami. Nastepnie po 5 probach znalezienia hotelu (nieudanych) oraz jednym podejsciu okazania wyzszosci Francuzowi (sukces!) wniosek nasunal sie sam – to miasto nie bylo na nas gotowe. Poniewaz ponizej pewnego poziomu sie nie znizamy, zaladowalismy manatki do busu i podazylismy do Mal.
I tak 16 godzin pozniej, z jedna zarwana noca na karku oraz awersja do francuskich miasteczek w Indiach wyladowalismy w Mal. Mieszkamy w komunie hipisow, ktorzy rysuja kwiatki na scianach, spiewaja sobie mantry w swietle swiec oraz pala substancje w naszym kraju uznane za nielegalne. Nasz hotel menadzer jest baba czyli wierzacym mnichem, ktory nigdy sie nie denerwuje i szerzy radosc i pokoj na calym swiecie (glownie przez dostawy piwa oraz wspomnianych powyzej substancji palnych). W sumie glownym problemem w Mal sa komary, dzis na przyklad w pokoju nie mialam ani jednego, za to pod moskitiera bylo z 20. Jest w tym prawdopodobnie jakas pokrecona logika i byc moze dzis postaram sie dojsc jaka. Mal jest urokliwe, backpackersowe i zczilowane. Jest tu pare fajnych kapliczek, latarnia morska, smieszna skala, ktora powinna sie byla dawno przewrocic, a stoi i duzo kolorowego badziewia. No i okazuje sie, ze wlasnie tyle czlowiekowi potrzeba do szczescia :)
Gvmt busy, czyli dom wariatow + zmyslne tortury
11 stycznia. Dalismy troche czadu ze zwiedzaniem, az nam bokiem wyszlo. Jestesmu 4 miasta dalej, kilkaset km dalej na polnoc, po kilkudziesieciu godzinach podrozy z ktorych ostatnia, z Tanjavur do Mamalapuram, trwala 16 godzin. W government busach, wiec to chyba najbardziej meczaca forma podrozowania w tym kraju. Ola byla bardzo dzielna. Jakis niefart komuniakcyjny nam sie trafil, bo to, ze 200 km jedzie sie 7-8 godzin nie jest niczym niezwyklym. Ale dojechanie do celu podrozy w takich warunkach w polaczeniu z niemoznoscia znalezienia od 3 do 8 rano hotelu w calym miescie, zakrawa na prawidziwego pecha. Po kolei jednak.
Z gorskiej wycieczki do Kodaikanal wybralismy sie kulturalnie - autobusem - do miescowosci Dindigul, uznanej przez Ole za jedna z trzech najbrzydszych na swiecie (pewnie sam a o tym opowie). Tam zlapalismy autobus do Tanjaviuru, co by obejrzec efektowna swiatynke, ktora w ubieglym roku obdzodzila swoje tysieczne urodziny.
Poniewaz zaczelismy jakos uwazniej liczyc czas, a sprzyjaja temu wykupione na sztywno bilety lotnicze, sprezylismy sie, by zrealizowac koncepcje zwiedzania w jak najkrotszym tempie. Ma to swoje plusy (dodatkowych pare dni na plazy, mimo czasu poswieconego wczesniej na zdrowienie), ale minusy ostro daja w dupe. Gvmt busy, niech je Bog blogoslawi za to, ze sa, i niech je pieklo pochlonie, za to jakie sa. To bardzo tania forma podrozowania, dostpna praktycznie wszedzie, trzeba tylko dojsc skad, kiedy i ktoredy jedzie interesujacy nas autobus.
Dowiadywac sie trzeba od ludzi, bo tablice informacyjne o godzinach odjazdow sa w miejscowym narzeczu, a i to nieaktualne (tzn. nie wiadomo, bo sa w narzeczu - O.) Trzeba siec wypytywac rozne osoby - od kierownika dworca autobusowego (mylil sie najbardziej, jak sie pozniej okazalo), poprzez hotelowe recepcje, a skonczywszy na zwyklych ludziach napotykanych na ulicach i peronach. Maja oni wspolna ceche - wiekszosc z nich nie ma bladego pojecia, o co pytasz, i kiedy, i skad jest ten cholerny autobus. Niemniej jednak ludzie sa jedynym zrodlem wiedzy, wiec trzeba ich pytac tak dlugo, i sprawdzac rownie dlugo, az zlapie sie wlasciwy autobus. Im dluzej sie podrozuje, im czesciej zmienia sie autobusy, tym bardziej staje sie to upiorne. Mimo to 3 pierwsze byusy byly w miare ok, bo mielismy miejsca siedzace. Trzeba jednak przyznac, ze stan zarowno autobusow jak i siedzen, nadaje nowe znaczenie okresleniu "przejebane". Dobrze jednak szlo i to musialo sie zemscic.
Czwarty bus zlapalismy w ostatniej chwili, wskakujac w do niego biegu w miejscowosci, ktorej nigdy wiecej nie odwiedze (Poindichery - byla kolonia francuska, policja tam do tej pory chodzi w kepi). Oczywiscie byl juz pelny, ledwo zmiescily sie plecaki. Ostatnie 3 z 16 godzin podrozy szykowalo sie na stojaka. Pan konduktor wyrzucil jakiegos nastolatka, robiac miejsce siedzace przynajmniej dla Oli. Prawdopodobnie bylo po nas widac, ze na stojaco to raczej nie dojedziemy, chocby nie wiem co. Ruszylismy. Pozniej sie okazalo, ze rowniez ja nie bede jechal na stojaco, co nie oznacza, ze znalalo sie dla mnie miejsce. Po drodze okazalo sie ze wczesniejszy bus zepsul sie na srodku drogi, w zwiazku z czym 80 osob, ktore nim jechaly, rzucilo sie na nasz zaladowany ludzmi i rupieciami po dach. Nie docenialem pojemnosci gvmt busow, poniewaz polowa tych z zepsutego autobusu, wsiadla do naszego lub sie go uczepila. Jechalismy wec wolniej niz standardowe 30 km/h. Jesli zas chodzi o moj sposob podrozy to zmienil sie on zasadniczo z jazdy na stojaka na jazde - nie wiem, jak to opisac - chyba bedzie najlepiej "na wiszaco". Napierajacy tlum przesunal mnie jakies 70 cm od miejsca, w ktorym staly moje stopy. Nieszczesliwie zlozylo sie, ze nie mialem mozliwosci umieszczenia ich pod swoim cialem, pozostalo mi siec jedynie wiszenie na rekach trzymajacych rury przy suficie. Kurwa, do tej pory mnie bola, choc dojechalismy tu poltorej doby temu.
Na uwage zasluguje wspomniane wczesniej miasto Poindichery, do ktorego jechalismy z tymi wszystkimi przygodami z Tanjavuru. Dotarlismy tam o 3 nad ranem i okazalo sie, ze wszystko w calym miejscie jest pozamykane w pizdu i jedyne co mozna zrobic, to albo walic w zamkiete drzwi hoteli, ktorych nikt nie otwieral, albo rozpoczac okupacje jakich schodow w oczekiwaniu na swit z nadzieja, ze nowy dzien spowoduje, ze ktorys z nich w koncu otworzy drzwi. Tak sie tez stalo. Zrobilismy flaszke rumu siedzac na bulwarze przy morzu, czekajac na swit i walczac ze snem, ktorego ostatnio probowalismy poltorej doby wczesniej. Zaczal sie poranny ruch, ktory zastapil bezpansie psy, ktore - jako jedyne - wskazywaly, ze w tych zaszczanych i zasmieconych murach jest jakiekolwiek zycie. Uderzylismy wiec na miasto w poszukiwaniu hotelu. PO paru godzinach znalezlismy jeden w ktorym ma sie zwolnic pokoj i dopiero wtedy mozemy go obejrzec. Wszedzie indziej byl full, z wyjatkiem jakiegos jednego hotelu, w ktorym za nocleg zazadano od nas astronomicznej sumy w zamian za mozliwosc kimania w najwiekszym syfie, jaki dotychczas widzielismy podczas podrozy po Azji. Decyzja zapadla wiec szybko: walcie sie ze swoim Poindichery, jedziemy dalej nie zwlekajac ani chwili.
I oto jestesmy w Mammalapuram, ktore przeszlo w ostatniej dekadzie potezna metamorfozie z sennej wioski rybackiej, w wyszykowane pod turystow miasteczko, o ktorym jeszdze napiszemy, poniewaz spedziy tu kolejne 3 dni przed wylotem do Bombaju.
Z gorskiej wycieczki do Kodaikanal wybralismy sie kulturalnie - autobusem - do miescowosci Dindigul, uznanej przez Ole za jedna z trzech najbrzydszych na swiecie (pewnie sam a o tym opowie). Tam zlapalismy autobus do Tanjaviuru, co by obejrzec efektowna swiatynke, ktora w ubieglym roku obdzodzila swoje tysieczne urodziny.
Poniewaz zaczelismy jakos uwazniej liczyc czas, a sprzyjaja temu wykupione na sztywno bilety lotnicze, sprezylismy sie, by zrealizowac koncepcje zwiedzania w jak najkrotszym tempie. Ma to swoje plusy (dodatkowych pare dni na plazy, mimo czasu poswieconego wczesniej na zdrowienie), ale minusy ostro daja w dupe. Gvmt busy, niech je Bog blogoslawi za to, ze sa, i niech je pieklo pochlonie, za to jakie sa. To bardzo tania forma podrozowania, dostpna praktycznie wszedzie, trzeba tylko dojsc skad, kiedy i ktoredy jedzie interesujacy nas autobus.
Dowiadywac sie trzeba od ludzi, bo tablice informacyjne o godzinach odjazdow sa w miejscowym narzeczu, a i to nieaktualne (tzn. nie wiadomo, bo sa w narzeczu - O.) Trzeba siec wypytywac rozne osoby - od kierownika dworca autobusowego (mylil sie najbardziej, jak sie pozniej okazalo), poprzez hotelowe recepcje, a skonczywszy na zwyklych ludziach napotykanych na ulicach i peronach. Maja oni wspolna ceche - wiekszosc z nich nie ma bladego pojecia, o co pytasz, i kiedy, i skad jest ten cholerny autobus. Niemniej jednak ludzie sa jedynym zrodlem wiedzy, wiec trzeba ich pytac tak dlugo, i sprawdzac rownie dlugo, az zlapie sie wlasciwy autobus. Im dluzej sie podrozuje, im czesciej zmienia sie autobusy, tym bardziej staje sie to upiorne. Mimo to 3 pierwsze byusy byly w miare ok, bo mielismy miejsca siedzace. Trzeba jednak przyznac, ze stan zarowno autobusow jak i siedzen, nadaje nowe znaczenie okresleniu "przejebane". Dobrze jednak szlo i to musialo sie zemscic.
Czwarty bus zlapalismy w ostatniej chwili, wskakujac w do niego biegu w miejscowosci, ktorej nigdy wiecej nie odwiedze (Poindichery - byla kolonia francuska, policja tam do tej pory chodzi w kepi). Oczywiscie byl juz pelny, ledwo zmiescily sie plecaki. Ostatnie 3 z 16 godzin podrozy szykowalo sie na stojaka. Pan konduktor wyrzucil jakiegos nastolatka, robiac miejsce siedzace przynajmniej dla Oli. Prawdopodobnie bylo po nas widac, ze na stojaco to raczej nie dojedziemy, chocby nie wiem co. Ruszylismy. Pozniej sie okazalo, ze rowniez ja nie bede jechal na stojaco, co nie oznacza, ze znalalo sie dla mnie miejsce. Po drodze okazalo sie ze wczesniejszy bus zepsul sie na srodku drogi, w zwiazku z czym 80 osob, ktore nim jechaly, rzucilo sie na nasz zaladowany ludzmi i rupieciami po dach. Nie docenialem pojemnosci gvmt busow, poniewaz polowa tych z zepsutego autobusu, wsiadla do naszego lub sie go uczepila. Jechalismy wec wolniej niz standardowe 30 km/h. Jesli zas chodzi o moj sposob podrozy to zmienil sie on zasadniczo z jazdy na stojaka na jazde - nie wiem, jak to opisac - chyba bedzie najlepiej "na wiszaco". Napierajacy tlum przesunal mnie jakies 70 cm od miejsca, w ktorym staly moje stopy. Nieszczesliwie zlozylo sie, ze nie mialem mozliwosci umieszczenia ich pod swoim cialem, pozostalo mi siec jedynie wiszenie na rekach trzymajacych rury przy suficie. Kurwa, do tej pory mnie bola, choc dojechalismy tu poltorej doby temu.
Na uwage zasluguje wspomniane wczesniej miasto Poindichery, do ktorego jechalismy z tymi wszystkimi przygodami z Tanjavuru. Dotarlismy tam o 3 nad ranem i okazalo sie, ze wszystko w calym miejscie jest pozamykane w pizdu i jedyne co mozna zrobic, to albo walic w zamkiete drzwi hoteli, ktorych nikt nie otwieral, albo rozpoczac okupacje jakich schodow w oczekiwaniu na swit z nadzieja, ze nowy dzien spowoduje, ze ktorys z nich w koncu otworzy drzwi. Tak sie tez stalo. Zrobilismy flaszke rumu siedzac na bulwarze przy morzu, czekajac na swit i walczac ze snem, ktorego ostatnio probowalismy poltorej doby wczesniej. Zaczal sie poranny ruch, ktory zastapil bezpansie psy, ktore - jako jedyne - wskazywaly, ze w tych zaszczanych i zasmieconych murach jest jakiekolwiek zycie. Uderzylismy wiec na miasto w poszukiwaniu hotelu. PO paru godzinach znalezlismy jeden w ktorym ma sie zwolnic pokoj i dopiero wtedy mozemy go obejrzec. Wszedzie indziej byl full, z wyjatkiem jakiegos jednego hotelu, w ktorym za nocleg zazadano od nas astronomicznej sumy w zamian za mozliwosc kimania w najwiekszym syfie, jaki dotychczas widzielismy podczas podrozy po Azji. Decyzja zapadla wiec szybko: walcie sie ze swoim Poindichery, jedziemy dalej nie zwlekajac ani chwili.
I oto jestesmy w Mammalapuram, ktore przeszlo w ostatniej dekadzie potezna metamorfozie z sennej wioski rybackiej, w wyszykowane pod turystow miasteczko, o ktorym jeszdze napiszemy, poniewaz spedziy tu kolejne 3 dni przed wylotem do Bombaju.
piątek, 7 stycznia 2011
Z upalu do "lodowki", czyli prosto z tzw. bani do przerebla...
7 stycznia. Pobudka o swicie, szybki ciaj i w droge. Cholera, niby przejechalismy tylko jakies 120 km (ponad 4 godziny jazdy busem), a mamy wrazenie, ze przekroczylismy chyba granice panstwowa. Wszystko jest nie tak. Jest tu czysto prawie jak w Europie, jak na Indie to mimo wieczornej pory jest podejrzanie cicho, a przede wszystkim jest ZIMNO!!!!!!! Przyjechalismy do Kodaikanal w poludnie i juz podczas podrozy poczulismy rzeskosc gorskiego powietrza. W sloncu jednak nadal byl niemilosierny upal, jednak wystarczylo stanac w cieniu drzewa i juz ciagnal po nogach ziab. A ja w sandalach i tych cholernych kapielowkach... Na miejscu od kopa trafilismy fajny hotel, choc Ola sprawdzila jeszcze pare innych, ale nie ta klasa. POdobno ma byc nawet ciepla woda, co na razie okazalo sie prawda, ale oczywiscie w indyjskim wydaniu, czyli woda jest ledwo letnia. W porownaniu jednak z lodowata zimna mozna uznac ja za produkt cieplopodobny. Nie marudze na razie, godzina prawdy nastapi za jakies 2-3 godziny, bo jest po godz. 19.
Kwestia temperatury jest dla mnie osobiscie obecnie pierwszoplanowym tematem, poniewaz siedze przy kompie ubrany w prawie wszystko co mam z garderoby, choc niewiele tego. Na zewnatrz 15 stopni, ale chlod jest gorski po to ponad 2000 m n.p.m, do tego troche wieje. Po raz pierwszy od kilku tygodni zalozylem dlugie spodnie, skarpety, buty i polar, wiec jest mi duszno we wszystko, ze stopami wlacznie. Najbardziej rozchodzone buty jakie mam mnie cisna po kilkunastu dniach w sanadalach na golej stopie, a skarpeta powoduje swedzenie skory. Ale to i tak nic w porownaniu z miejscowa ludnoscia, ktora w ciagu dnia, kiedy bylo 27 stopni a my nadal bylismy ledwo ubrani, juz chodzila w pikowanych kurtkach z kapturami obszytymi misiem, czapkach i nausznikach (razem, najpierw czapka, potem nauszniki, efekt komiczny) a niektorzy rowniez w rekawiczkach. To co sie teraz dzieje na ulicy to juz zupelnie sie nie da opisac: puchowe kurtki, szaliki, sari na ktore kobiety zakladaja bluzy od dresow i kurtki, u nas nawet przy lekkim mrozie nikt sie tak nie ubiera, chyba, ze ma zapalenie pluc. Uliczne stragany ze swetrami i kurtkami sa oblezone przez miejscowych, ktorzy sobie wyrywaja co cieplejsze ubrania (sam w to nie wierze) wiec stragany sa ogolacane z tego towaru w kilkanascie minut. Jakbym nie widzial to bym nie uwierzyl.
Ale to takie impresje tylko, bo najwazniejsza byla dzis nasza wycieczka po miescie i okolicy. W srodku miasta (zalozonego ponoc przez brytyjskiego oficera, ktory szukal tu ochrony przed tropikalnymi upalami. Dziwnie tu jest bo wszystko na opak. Przede wszystkim wszedzie wokol na poludniu kraju jest high sezon, a tymczasem tu wszyscy mowia, ze jest low sezon, maja nawet specjalne, nizsze cenniki opatrzone stosowna informacja. Ulice sa wprawdzie dziurawe, ale umiarkowanie i o dziwo - niezasmiecone, a co 10 metrow stoi kosz na smieci. na kazdej tablicy informacyjnej, czy to restauracji, czy kosciola (dowolnego) napisy "keep clean Kodaikanal" i wszyscy grzecznie smieca do koszy i innych pojemnikow na smieci. Za wyrzucenie jednego kawalka plastiku drakonskie kary finansowe (750 rupii, czyli ponad 50 PLN), najwyrazniej stosowane, bo w jaki sposob inaczej doszliby do takiej szokujacej czystosci. Zastanawiam sie, czy nie jest to jakis eksperymentalny program rzadowy, ktorego celem jest sprawdzenie, czy taki system w ogole jest mozliwy do zaakceptowania w tym kraju. Jak widac, test wypadl pomyslnie. W srodku miasta znajduje sie sztuczne jezioro w ksztalcie skaczacego Batmana bez glowy - sa rozkraczone nogi i rozpiete jak do lotu skrzydla, glowy brak, choc szyja jest. Jezdzilismy sobie wypozyczonymi rowerami wokol jeziora, w sumie to 3,5 km. Bardzo przyjemna wycieczka.
Im dluzej tak sobie krazylismy tym bardziej dochodzilismy do wniosku, ze gdyby zastapic Hindusow bialymi, to mozna by uznac, ze jest to 100% europejskie, dosyc biedne, ale zadbane miasteczko. Oprocz panujacego wszedzie porzadku i ciszy, obrazu tego dopelnialy pozostale po Brytyjczykach zabudowania, domy i wille, zbudowane w wyspiarskim klimacie, z dachowka, i kamiennymi elewacjami. Nawet trawniki sprawiaja wrazenie wypielegnowanych. Do tego przepieknie urzadzony i doskonale utrzymany park, ktory rowniez jest pozostaloscia po zalozycielu miasta i noszacy jego imie.
Choc przed wejsciem do parku, na cokole nie ma juz jego pomnika (podejrzewam, ze byl), stoi za to zamiast niego paskudna zlota figura prezentujaca jakiegos tubylca w sarobgu, grozacego placem wszystkim, ktorzy sie do niego zblizaja. Co ciekawe, przy pomniku staja zamontowane ewidentnie na stale zelazne i zardzewaiale schody, ktore sprawiaja wrazenie, jakby ustawiono je po to, by zloty czlowiek z paluchem mogl po pracy wrocic do domu na swoje codzienne thali. Przyszlo mi nawet do glowy, ze to moze byc pomalowany na zloty kolor mim, ktorego wynajeto po to, by cokol nie stal pusty. Wygladalo to idiotycznie.
Jutro zrobimy sobie piknik w parku, bo znowu bedzie cieplutko, a poznym popoludniem wyrywamy jakims autobusem do Thanjavur, na zwiedzanie kolejnej efektownej swiatynki. Obijamy sie tutaj zbierajac bardzo zroznicowane, jak widac, wrazenia i ani sie spostrzeglismy, jak mija wlasnie polowa naszych wojazy po obcych landach. Osobiscie bardzo sie ciesze na zblizajaca sie wizyte w Mammalapuram, gdzie 10 lat temu mialem bardzo mieszane uczucia, ciekawe jak bedzie tym razem. Szczegolnie, ze w tym czasie miejscowosc te nazwano "Kingdom of Backpackistan", wiec ni cholery nie wiem, czego sie spodziewac. Pewnie znowu bede zdumiony, ale to mi sie chyba nigdy nie znudzi. Jedzenie maja tu dobre i tanie, a po doswiadczeniach ze smierdzacego jak stary hipopotam Maduraiu, w ktorym w dzien i w nocy tysiace pojazdow wala w klaksony non stop, czujemy sie tu jak w raju. Strasznie mnie ciekawi jeszcze kawetia tej "cieplej" wody, bo przydaloby sie wykapac. Ale jak bedzie zimna jak dotychczas (czyli jak wyplywajaca z lodowca), to ja chromole i z duma ide spac brudny. Ola pewnie sie zlamie i - jak zwykle - sie wykapie. Jak mozna sie tak codzinnie myc?
/normalnie Sy, to wlasnie odroznia nas od zwiarzat. O./
Kwestia temperatury jest dla mnie osobiscie obecnie pierwszoplanowym tematem, poniewaz siedze przy kompie ubrany w prawie wszystko co mam z garderoby, choc niewiele tego. Na zewnatrz 15 stopni, ale chlod jest gorski po to ponad 2000 m n.p.m, do tego troche wieje. Po raz pierwszy od kilku tygodni zalozylem dlugie spodnie, skarpety, buty i polar, wiec jest mi duszno we wszystko, ze stopami wlacznie. Najbardziej rozchodzone buty jakie mam mnie cisna po kilkunastu dniach w sanadalach na golej stopie, a skarpeta powoduje swedzenie skory. Ale to i tak nic w porownaniu z miejscowa ludnoscia, ktora w ciagu dnia, kiedy bylo 27 stopni a my nadal bylismy ledwo ubrani, juz chodzila w pikowanych kurtkach z kapturami obszytymi misiem, czapkach i nausznikach (razem, najpierw czapka, potem nauszniki, efekt komiczny) a niektorzy rowniez w rekawiczkach. To co sie teraz dzieje na ulicy to juz zupelnie sie nie da opisac: puchowe kurtki, szaliki, sari na ktore kobiety zakladaja bluzy od dresow i kurtki, u nas nawet przy lekkim mrozie nikt sie tak nie ubiera, chyba, ze ma zapalenie pluc. Uliczne stragany ze swetrami i kurtkami sa oblezone przez miejscowych, ktorzy sobie wyrywaja co cieplejsze ubrania (sam w to nie wierze) wiec stragany sa ogolacane z tego towaru w kilkanascie minut. Jakbym nie widzial to bym nie uwierzyl.
Ale to takie impresje tylko, bo najwazniejsza byla dzis nasza wycieczka po miescie i okolicy. W srodku miasta (zalozonego ponoc przez brytyjskiego oficera, ktory szukal tu ochrony przed tropikalnymi upalami. Dziwnie tu jest bo wszystko na opak. Przede wszystkim wszedzie wokol na poludniu kraju jest high sezon, a tymczasem tu wszyscy mowia, ze jest low sezon, maja nawet specjalne, nizsze cenniki opatrzone stosowna informacja. Ulice sa wprawdzie dziurawe, ale umiarkowanie i o dziwo - niezasmiecone, a co 10 metrow stoi kosz na smieci. na kazdej tablicy informacyjnej, czy to restauracji, czy kosciola (dowolnego) napisy "keep clean Kodaikanal" i wszyscy grzecznie smieca do koszy i innych pojemnikow na smieci. Za wyrzucenie jednego kawalka plastiku drakonskie kary finansowe (750 rupii, czyli ponad 50 PLN), najwyrazniej stosowane, bo w jaki sposob inaczej doszliby do takiej szokujacej czystosci. Zastanawiam sie, czy nie jest to jakis eksperymentalny program rzadowy, ktorego celem jest sprawdzenie, czy taki system w ogole jest mozliwy do zaakceptowania w tym kraju. Jak widac, test wypadl pomyslnie. W srodku miasta znajduje sie sztuczne jezioro w ksztalcie skaczacego Batmana bez glowy - sa rozkraczone nogi i rozpiete jak do lotu skrzydla, glowy brak, choc szyja jest. Jezdzilismy sobie wypozyczonymi rowerami wokol jeziora, w sumie to 3,5 km. Bardzo przyjemna wycieczka.
Im dluzej tak sobie krazylismy tym bardziej dochodzilismy do wniosku, ze gdyby zastapic Hindusow bialymi, to mozna by uznac, ze jest to 100% europejskie, dosyc biedne, ale zadbane miasteczko. Oprocz panujacego wszedzie porzadku i ciszy, obrazu tego dopelnialy pozostale po Brytyjczykach zabudowania, domy i wille, zbudowane w wyspiarskim klimacie, z dachowka, i kamiennymi elewacjami. Nawet trawniki sprawiaja wrazenie wypielegnowanych. Do tego przepieknie urzadzony i doskonale utrzymany park, ktory rowniez jest pozostaloscia po zalozycielu miasta i noszacy jego imie.
Choc przed wejsciem do parku, na cokole nie ma juz jego pomnika (podejrzewam, ze byl), stoi za to zamiast niego paskudna zlota figura prezentujaca jakiegos tubylca w sarobgu, grozacego placem wszystkim, ktorzy sie do niego zblizaja. Co ciekawe, przy pomniku staja zamontowane ewidentnie na stale zelazne i zardzewaiale schody, ktore sprawiaja wrazenie, jakby ustawiono je po to, by zloty czlowiek z paluchem mogl po pracy wrocic do domu na swoje codzienne thali. Przyszlo mi nawet do glowy, ze to moze byc pomalowany na zloty kolor mim, ktorego wynajeto po to, by cokol nie stal pusty. Wygladalo to idiotycznie.
Jutro zrobimy sobie piknik w parku, bo znowu bedzie cieplutko, a poznym popoludniem wyrywamy jakims autobusem do Thanjavur, na zwiedzanie kolejnej efektownej swiatynki. Obijamy sie tutaj zbierajac bardzo zroznicowane, jak widac, wrazenia i ani sie spostrzeglismy, jak mija wlasnie polowa naszych wojazy po obcych landach. Osobiscie bardzo sie ciesze na zblizajaca sie wizyte w Mammalapuram, gdzie 10 lat temu mialem bardzo mieszane uczucia, ciekawe jak bedzie tym razem. Szczegolnie, ze w tym czasie miejscowosc te nazwano "Kingdom of Backpackistan", wiec ni cholery nie wiem, czego sie spodziewac. Pewnie znowu bede zdumiony, ale to mi sie chyba nigdy nie znudzi. Jedzenie maja tu dobre i tanie, a po doswiadczeniach ze smierdzacego jak stary hipopotam Maduraiu, w ktorym w dzien i w nocy tysiace pojazdow wala w klaksony non stop, czujemy sie tu jak w raju. Strasznie mnie ciekawi jeszcze kawetia tej "cieplej" wody, bo przydaloby sie wykapac. Ale jak bedzie zimna jak dotychczas (czyli jak wyplywajaca z lodowca), to ja chromole i z duma ide spac brudny. Ola pewnie sie zlamie i - jak zwykle - sie wykapie. Jak mozna sie tak codzinnie myc?
/normalnie Sy, to wlasnie odroznia nas od zwiarzat. O./
czwartek, 6 stycznia 2011
Rzecz o gorach, ubiorze, i swiatyniach
6 stycznia, ciagle ten sam dzien, ale wczesniejsze plany wziely w leb. Mielismy jechac rzadowym busem do Kodaikanal w gorach, ale przytomnie goscie z recepcji przekonali nas, ze lepsza opcja jest wyjazd jutro rano busikiem z dwojka innych bialych. Cena OK, czas podrozy podobny (120 km - 3,5h), a przynajmiej nikt nie bedzie mi sadzal owcy na kolanach, jesli juz uda mi sie usiasc. Bierzemy. Po wczorajszych doswiadczeniach Oli z wybieraniem hotelu istotnym argumentem okazalo sie rowniez to, ze przyjedziemy za dnia, a konkretnie przed poludniem, w miare wyspani. W sumie czemu nie.
W gorach bedziemy na wysokosci 2100m n.p.m, co oznacza ze w tamtejszej temperaturze 20 stopni C, autochtoni beda zapewne chodzili w czapkach uszankach, swetrach, nausznikach, a na wierzchu beda mieli kozuchy. W koncu zimno jest, nie? Zreszta i tu w Maduraju ciagle natykamy sie na gosci, ktorzy po zmroku zakladaja gustowne nauszniki, choc oba moje termometry wciaz nie pozostawiaja zludzen, ze jest blisko 30 stopni, wiec ja dalej laze na okraglo w kapielowkach. T-shirty mi smierdza, bo robie juz w nich tzw. druga runde - takie sa niestety minusy braku czasu na pranie, a na to potrzeba zostac w jednym miejscu ze dwa dni. Gdybysmy wczoraj wiedzieli, ze zostaniemy na kolejna noc, to pewnie by sie udalo, ale coz, trudno. Pozostaje mi "portorykanski prysznic" odswiezajacy uzywana juz garderobe.
Z reszta i tak nie jedzie ode mnie bardziej niz od przecietnego tubylca, poniewaz oni ubieraja sie bez wyjatku w plastikowe ciuchy. Typowy Hindus z poludnia wyglada ciekawie: biala spodnica ze szmaty, ktora gustownie sobie podwijaja i nosza koncowki, jakby byli dygajacymi panienkami, ewentualnie dlugie, grube spodnie. Do tego obowiazkowe wasy (100% populacji meskiej, w tym czesc kobiet) i rownie obowiazkowa koszula z krotkim rekawem i kieszonka, w ktorej nosza wszystko naraz, czyli okulary, pieniadze luzem (duzo pogniecionych banknotow oraz drobne), dlugopis, troche smieci, kawalek sznurka. W skrocie, cytujac kapele Plastic Bag "Stara lina i sprezyna, zdjecie laski, but Murzyna, cekin, Pekin, stary drazek, but ciupaga i pieniazek". Ciekawa jest rowniez kwestia obuwia, poniewaz przytlaczajaca wiekszosc lazi na bosaka, niezaleznie od statusu majatkowego, ktory jest tu widoczny golym okiem. Wyraznie widac, ze bycie bosonogim jest elementem wielowiekowej tradycji, ktorej nie jest w stanie wyrugowac nawet ogolnodostepnosc tanich chinskich klapek. Prawie kazdy ma, ale nie uzywa i zapewne jest z tego dumny.
Ja od dzisiaj rowniez stalem sie posiadaczem meskiej spodnicy i to w troche niezamierzony sposob. Dotychczas bowiem nikt nie robil mi wstretow, kiedy w kapielowkach ladowalem sie do zwiedzania swiatynek. Na przyladku Komoryn zostalem natomiast zmuszony przez wasatych straznikow swiatynnych w towarzystwie policjantow, do zdjecia rowniez koszuki, oprocz przymusowego zdejmowania sandalow, co tu jest obowiazkowe przed kazdym miejscem kultu. W efekcie lazilem od oltarza do oltarza z gola klata w samych kapielowkach i oprocz koloru skory odroznial mnie od innych pielgrzymow tylko brak spodniczki, ktora na malajach chyba nazywa sie sarongiem. W kazdym razie dzis ogladanie kolorowych i bardzo efektownych wiez swiatynnych wymagalo ode mnie albo dymania do hotelu po dlugie spodnie, albo kupienia sobie sarongu, ze bede sie trzymal tej nazwy. Chyba jestem leniwy, bo zdarli ze mnie 3 dolce, a ja nawet nie mrugnalem okiem. Po powrocie do kraju zamierzam w nim paradowac z nagim torsem po naszym wilanowskim patio. Ciekawe jak to przyjma sasiedzi, mam nadzieje, ze ze zrozumieniem.
W gorach bedziemy na wysokosci 2100m n.p.m, co oznacza ze w tamtejszej temperaturze 20 stopni C, autochtoni beda zapewne chodzili w czapkach uszankach, swetrach, nausznikach, a na wierzchu beda mieli kozuchy. W koncu zimno jest, nie? Zreszta i tu w Maduraju ciagle natykamy sie na gosci, ktorzy po zmroku zakladaja gustowne nauszniki, choc oba moje termometry wciaz nie pozostawiaja zludzen, ze jest blisko 30 stopni, wiec ja dalej laze na okraglo w kapielowkach. T-shirty mi smierdza, bo robie juz w nich tzw. druga runde - takie sa niestety minusy braku czasu na pranie, a na to potrzeba zostac w jednym miejscu ze dwa dni. Gdybysmy wczoraj wiedzieli, ze zostaniemy na kolejna noc, to pewnie by sie udalo, ale coz, trudno. Pozostaje mi "portorykanski prysznic" odswiezajacy uzywana juz garderobe.
Z reszta i tak nie jedzie ode mnie bardziej niz od przecietnego tubylca, poniewaz oni ubieraja sie bez wyjatku w plastikowe ciuchy. Typowy Hindus z poludnia wyglada ciekawie: biala spodnica ze szmaty, ktora gustownie sobie podwijaja i nosza koncowki, jakby byli dygajacymi panienkami, ewentualnie dlugie, grube spodnie. Do tego obowiazkowe wasy (100% populacji meskiej, w tym czesc kobiet) i rownie obowiazkowa koszula z krotkim rekawem i kieszonka, w ktorej nosza wszystko naraz, czyli okulary, pieniadze luzem (duzo pogniecionych banknotow oraz drobne), dlugopis, troche smieci, kawalek sznurka. W skrocie, cytujac kapele Plastic Bag "Stara lina i sprezyna, zdjecie laski, but Murzyna, cekin, Pekin, stary drazek, but ciupaga i pieniazek". Ciekawa jest rowniez kwestia obuwia, poniewaz przytlaczajaca wiekszosc lazi na bosaka, niezaleznie od statusu majatkowego, ktory jest tu widoczny golym okiem. Wyraznie widac, ze bycie bosonogim jest elementem wielowiekowej tradycji, ktorej nie jest w stanie wyrugowac nawet ogolnodostepnosc tanich chinskich klapek. Prawie kazdy ma, ale nie uzywa i zapewne jest z tego dumny.
Ja od dzisiaj rowniez stalem sie posiadaczem meskiej spodnicy i to w troche niezamierzony sposob. Dotychczas bowiem nikt nie robil mi wstretow, kiedy w kapielowkach ladowalem sie do zwiedzania swiatynek. Na przyladku Komoryn zostalem natomiast zmuszony przez wasatych straznikow swiatynnych w towarzystwie policjantow, do zdjecia rowniez koszuki, oprocz przymusowego zdejmowania sandalow, co tu jest obowiazkowe przed kazdym miejscem kultu. W efekcie lazilem od oltarza do oltarza z gola klata w samych kapielowkach i oprocz koloru skory odroznial mnie od innych pielgrzymow tylko brak spodniczki, ktora na malajach chyba nazywa sie sarongiem. W kazdym razie dzis ogladanie kolorowych i bardzo efektownych wiez swiatynnych wymagalo ode mnie albo dymania do hotelu po dlugie spodnie, albo kupienia sobie sarongu, ze bede sie trzymal tej nazwy. Chyba jestem leniwy, bo zdarli ze mnie 3 dolce, a ja nawet nie mrugnalem okiem. Po powrocie do kraju zamierzam w nim paradowac z nagim torsem po naszym wilanowskim patio. Ciekawe jak to przyjma sasiedzi, mam nadzieje, ze ze zrozumieniem.
Boze, jak tu brzydko, czyli o urokach hoteli w Maduraju
Przyjezdzanie w nocy gdziekolwiek to slaby pomysl. No chyba, ze na dworcu stoi Rysio z karteczka z twoim nazwiskiem, ale taki luksus zdazyl nam sie raz, na lotnisku w Delhi. Wiec kiedy dobilismy do Maduraju o 22:00 czekalo nas zmudne poszukiwanie hotelu. Zauwazylam, ze moje umiejetnosci negocjacyjne sa wprost proporcjonalnie zalezne od czasu noszenia plecaka - czym dluzej, tym gorzej sie targuje. Jest to byc moze dobry material na doktorat, jako ze nikt zdaje sie nie zbadal wplywu ucisku na barki na postawy negocjacyjne. Jesli to dobrze opracuje, mam szanse na wlaczenie swojego skromnego dorobku do programu MBA, a potem juz tylko bede jezdzic po swiecie i dawac wyklady. I oczywiscie omijac Maduraj po 22:00.
Zaczelo sie jak zwykle. Wszystkie hostale z gatunku usual suspects z Lonely Planet byly oczywiscie full. Po paru pielgrzymkach z ciezkim plecakiem zostawilam go wreszcie pod wejsciem do hotelu i ruszylam zwiedzac wszystkie miejscowki z opisem lodge, hostel, guesthouse i restaurant (A/C and non A/C rooms) w promieniu 300 metrow. Pierwsza miejscowka - 400 rupii za pokoj, w ktorym na srodku zastygal wlasnie cement. Druga - 250 rupii - pokoj wielkosci lozka, wiec drzwi otwieraly sie na zewnatrz. Na lozku siedzial szczur i gapil sie na mnie czerwonymi oczkami. Facet pewnie do tej pory zastanawia sie, czemu nie skusialam sie na ten niewatpliwy deal mojego zycia. Ja rowniez po przemysleniu sie zastanawiam - w koncu jak sa szczury to nie ma karaluchow. Nastepny pokoj - 500 rupii - bylby ok, gdybym nie bala sie, ze grzyb z sufitu moze sie oderwac i zabic mnie we snie. Nie bylaby to smierc na miare moich mozliwosci, wiec po namysle powiedzialam pas. Kolejny, bardzo przemyslny patent w hotelu na 350 rupii - odzwierny o 3 rekach. W 2 mial piwo, jedna otwieral mi drzwi. Postanowilam nie wybiegac z krzykiem tylko dlatego, ze moglabym sie potknac o lezacych w korytarzu zawinietych w szmaty ludzi. W koncu Madurai Interational Hotel - mrowki faraonki, brak spluczki i grzyb na drzwiach okazal sie propozycja kuszaca, wysublimowana, a stojacy w pokoju telewizor dodal miejscowce pewnego splendoru. Cala noc wsluchiwalam sie w tupot malych, mrowkowych stop i odganialam komary, dla ktorych jestem chyba delicja, bo w promieniu 3 km nikt nigdy nie jest nawet nadgryziony, a ja jedna drapie sie jak dzika. Przyjemnosc bycia posilkiem lokalnej flory kosztowala mnie dokladnie 483 rupie, czyli ok. 30 zlotych, czyli o jakies 30 zlotych za duzo. Zyd w moim insajdzie tlucze glowa o sciane.
No i znowu padlam ofiara Lonely Planet - ta kafejka miala byc 24h, a wlasnie obwiescili closing time. No nic, ide szukac czegos innego.
I znalazlam. Za rogiem, wiec nie jest zle. Oczywiscie nadal jest dla mnie tajemnica, jak kraj, w ktorym internet porusza sie z predkoscia dobrze odkarmionego slimaka mogl wydac polowe informatykow tego swiata. No a internet w telefonie to cos jak bajka o posiadaniu prywatego odrzutowca. Blackberry jest tu gadzetem tylez wypasionym, co niepotrzebnym, za to szacun dla Nokii - ich sluchawki dominuja, prawdopodobnie ze wgledu na wbudowane radyjko, ktorym mozna wyc do woli czy to w rikszy, czy w autobusie. Ze wzgledu na zaskakujaca oferte hotelowa spedzimy w Maduraju kolejna noc. Unikalnosc oferty - 200 rupii od lebka za pokonanie 120 km trasy do Kodaikanal. W zwiazku z tym ominie nas: uzeranie sie z rikszazem, majacym nas dowiezc na dworzec autobusowy, wskakiwanie w biegu do autobusu (i wyskakiwanie w razie, gdyby autobus jechal akurat w inna strone), godzinna jazda do jakiegos punktu na mapie w oparach spalin i przy wtorze klaksonow niszczacych bebenki, przesiadka w biegu do innego autobusu i szukanie po nocy hotelu w Kodai. Tak tak, duch wyprawcy ginie w narodzie. Postanowilismy pokonac te trase minibusem, spod hotelu wprost nad jezioro. Uwaga - w Kodai nie ma ANI JEDNEJ rikszy. Szok i niedowierzanie miesza sie z cicha nadzieja, ze jesli naprawde tak bedzie, jesli uda sie spedzic dzien czy dwa bez tego przewiercajacego glowe trabienia klaksonow, to wrzuce pare rupii do skarbonki w lokalnej swiatynce. Ale nie zapeszam.
Zaczelo sie jak zwykle. Wszystkie hostale z gatunku usual suspects z Lonely Planet byly oczywiscie full. Po paru pielgrzymkach z ciezkim plecakiem zostawilam go wreszcie pod wejsciem do hotelu i ruszylam zwiedzac wszystkie miejscowki z opisem lodge, hostel, guesthouse i restaurant (A/C and non A/C rooms) w promieniu 300 metrow. Pierwsza miejscowka - 400 rupii za pokoj, w ktorym na srodku zastygal wlasnie cement. Druga - 250 rupii - pokoj wielkosci lozka, wiec drzwi otwieraly sie na zewnatrz. Na lozku siedzial szczur i gapil sie na mnie czerwonymi oczkami. Facet pewnie do tej pory zastanawia sie, czemu nie skusialam sie na ten niewatpliwy deal mojego zycia. Ja rowniez po przemysleniu sie zastanawiam - w koncu jak sa szczury to nie ma karaluchow. Nastepny pokoj - 500 rupii - bylby ok, gdybym nie bala sie, ze grzyb z sufitu moze sie oderwac i zabic mnie we snie. Nie bylaby to smierc na miare moich mozliwosci, wiec po namysle powiedzialam pas. Kolejny, bardzo przemyslny patent w hotelu na 350 rupii - odzwierny o 3 rekach. W 2 mial piwo, jedna otwieral mi drzwi. Postanowilam nie wybiegac z krzykiem tylko dlatego, ze moglabym sie potknac o lezacych w korytarzu zawinietych w szmaty ludzi. W koncu Madurai Interational Hotel - mrowki faraonki, brak spluczki i grzyb na drzwiach okazal sie propozycja kuszaca, wysublimowana, a stojacy w pokoju telewizor dodal miejscowce pewnego splendoru. Cala noc wsluchiwalam sie w tupot malych, mrowkowych stop i odganialam komary, dla ktorych jestem chyba delicja, bo w promieniu 3 km nikt nigdy nie jest nawet nadgryziony, a ja jedna drapie sie jak dzika. Przyjemnosc bycia posilkiem lokalnej flory kosztowala mnie dokladnie 483 rupie, czyli ok. 30 zlotych, czyli o jakies 30 zlotych za duzo. Zyd w moim insajdzie tlucze glowa o sciane.
No i znowu padlam ofiara Lonely Planet - ta kafejka miala byc 24h, a wlasnie obwiescili closing time. No nic, ide szukac czegos innego.
I znalazlam. Za rogiem, wiec nie jest zle. Oczywiscie nadal jest dla mnie tajemnica, jak kraj, w ktorym internet porusza sie z predkoscia dobrze odkarmionego slimaka mogl wydac polowe informatykow tego swiata. No a internet w telefonie to cos jak bajka o posiadaniu prywatego odrzutowca. Blackberry jest tu gadzetem tylez wypasionym, co niepotrzebnym, za to szacun dla Nokii - ich sluchawki dominuja, prawdopodobnie ze wgledu na wbudowane radyjko, ktorym mozna wyc do woli czy to w rikszy, czy w autobusie. Ze wzgledu na zaskakujaca oferte hotelowa spedzimy w Maduraju kolejna noc. Unikalnosc oferty - 200 rupii od lebka za pokonanie 120 km trasy do Kodaikanal. W zwiazku z tym ominie nas: uzeranie sie z rikszazem, majacym nas dowiezc na dworzec autobusowy, wskakiwanie w biegu do autobusu (i wyskakiwanie w razie, gdyby autobus jechal akurat w inna strone), godzinna jazda do jakiegos punktu na mapie w oparach spalin i przy wtorze klaksonow niszczacych bebenki, przesiadka w biegu do innego autobusu i szukanie po nocy hotelu w Kodai. Tak tak, duch wyprawcy ginie w narodzie. Postanowilismy pokonac te trase minibusem, spod hotelu wprost nad jezioro. Uwaga - w Kodai nie ma ANI JEDNEJ rikszy. Szok i niedowierzanie miesza sie z cicha nadzieja, ze jesli naprawde tak bedzie, jesli uda sie spedzic dzien czy dwa bez tego przewiercajacego glowe trabienia klaksonow, to wrzuce pare rupii do skarbonki w lokalnej swiatynce. Ale nie zapeszam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








